Za zgodą Autorki prezentujemy udostępnione nam opracowanie:
Irena Ścibior Gudowska
Pomiędzy
Sejnami i Alicante
Wspomnienie poświęcone mojej mamie Halinie Ścibior z domu Jaworskiej
(1924 -2021)
Warszawa, 2025
Niespodziewana wizyta
Schyłek lata 1988, siedmioletnia Bogna wędruje z ojcem po Beskidach, Wit urodzi się dopiero za dwa lata, a ja wróciłam właśnie z pracy, delektuję się spokojem i ciszą, co przecież niecodziennie się trafia. Sielankę zakłóca jednak telefon z Kętrzyna; „Jesteś w domu? To dobrze, jadę do Ciebie z Hiszpanami…” To Mama, zdezorientowana pytam, o co chodzi? „Wyjaśnię, jak przyjedziemy!”
Oniemiałam – jacy Hiszpanie? Skąd? Nie przypominam sobie o żadnych zagranicznych kontaktach w naszej rodzinie! Gdzieś na Uralu mieszkała, co prawda, rodzina najstarszej siostry babci – Johasi, ale w Hiszpanii? Bardzo dziwne…
Późnym popołudniem w drzwiach ursynowskiego mieszkania na dziesiątym piętrze pojawia się Lamberto – niewysoki, o siwej bujnej czuprynie i życzliwie spoglądających czarnych oczach zdominowanych przez bujne brwi. Towarzyszy mu masywna postać jego bratanka Manuela z młodą żoną Carmen i teściową, też Carmen. Kompletnie zdezorientowana, nie wiadomo kiedy zostaję wyściskana i wycałowana jak ktoś z najbliższej rodziny (o tym, że Hiszpanie „już tak mają” zorientowałam się nieco później), nie mając jeszcze pojęcia, z kim tak naprawdę się witam.
Zakłopotana sytuacją sadzam gości przy zastawionym naprędce stole i z chaosu emocjonalnych słów, wypowiadanych po hiszpańsku, polsku, angielsku i niemiecku, uzupełnianych komiczną gestykulacją i wybuchami śmiechu, zaczęły się wyłaniać wątki dwóch opowieści, odległych od siebie w czasie o ponad 40 lat. Jedna z nich to wyjazd na Suwalszczyznę i Mazury z którego Hiszpanie właśnie wrócili, druga to wspólne wojenne przeżycia mojej mamy Haliny i Lamberta w Sejnach, która to historia była powodem tej właśnie wyprawy Hiszpanów do Polski.
Retrospekcja 1988r.
Cóż takiego mogło spotkać dwudziestoletniego Hiszpana w 1942 roku w przygranicznej mieścinie w północno-wschodniej Polsce, że po 40 latach zapragnął odwiedzić to miejsce z nadzieją spotkania ludzi, których tu poznał i polubił?
Zaraz po przylocie do Warszawy latem 1988 roku Hiszpanie zatrzymali się w Novotelu przy Żwirki i Wigury, gdzie „na powitanie” ukradziono im część bagażu.
Już następnego dnia wynajęli poloneza, żeby rano wyruszyć do Sejn, gdzie Lamberto, wskrzeszając obrazy sprzed lat, ze wzruszeniem rozpoznawał zapamiętane z czasów wojny miejsca, opowiadał towarzyszom podróży o wydarzeniach i poznanych tu ludziach. Miasteczko na szczęście zmieniło się niewiele, co było sporym ułatwieniem.
Dotarłszy już na miejsce, znając tylko panieńskie nazwisko mamy „Jaworska” próbowali zasięgnąć języka w gminnym biurze meldunkowym. Babcia od siedmiu lat już nie żyła, mogła być jednak pamiętana jako Maria Wiśniowska (po drugim mężu Janku), mieszkała tam przecież prawie 60 lat. Zatrzymując napotykanych Sejnian – dopytywali o mamę i jej rodzinę. Traf chciał, że przypadkiem spotkali kogoś, kto nie dość, że Babcię dobrze wspominał, to nawet wiedział, że jej córka Halina mieszka z rodziną w Kętrzynie i to niedaleko rodziny rozmówcy.
Odwiedziwszy już Sejny, jadąc już w kierunku Kętrzyna, kilka kilometrów za miastem, Lamberto poprosił Manuela o zatrzymanie się na chwilę w Krasnopolu. Tam odnalazł gospodarstwo, gdzie w 1942 roku, zadenuncjowano go na gestapo, jako dezertera z armii niemieckiej. Wzburzony Manuel gotów był nawet tam wejść i przypomnieć domownikom o zdarzeniu sprzed lat, jednak Lamberto zdecydowanie się temu sprzeciwił. Gospodarz, który go wydał, już w czasie wojny był mężczyzną „w sile wieku”, więc najprawdopodobniej dawno nie żył i nie było sensu obciążać tym niechlubnym zdarzeniem sumienia następnego pokolenia. A mogła tam także mieszkać już zupełnie inna rodzina.
Sejneński znajomy babci skierował Hiszpanów prosto do swojej kętrzyńskiej rodziny, a tam przywitano ich „po polsku” – garem specjalnie przygotowanego bigosu. Gospodarzom przez myśl nie przeszło, że ta mieszanina gotowanej na tłusto kapusty z mięsem, kawałkami mocno wędzonych wędlin o specyficznej, „swojskiej” woni, odbiega nieco od lekkiej diety śródziemnomorskiej, do której przywykli. Jednak przez grzeczność, nie dając po sobie poznać, południowcy z trudem przełykali ten polski „rarytas”. Wspominali później z rozbawieniem, że czegoś tak paskudnego nigdy wcześniej w ustach nie mieli, a każdy kęs „przedziwnej” potrawy był dla nich nieziemską torturą. Doceniając jednak uprzejmość gospodarzy, grzecznie opróżnili talerze, co graniczyło nieomal z „bohaterstwem”, a emocje związane z tym kulinarnym doznaniem znajdowały odzwierciedlenie pod stołem, gdzie – z trudem tłumiąc śmiech – trącano się dyskretnie po kostkach. Samo wypowiadane po polsku słowo „kapusta” długo jeszcze poprawiało im humor i rozładowywało niespodziewane napięcia.
W końcu udało im się dotrzeć na Ogrodową 19 w Kętrzynie, gdzie wcześniej powiadomieni telefonicznie, czekali na nich moi rodzice i tam nastąpiło „historyczne” spotkanie Haliny z Lambertem po 46-ciu latach, uwiecznione na zdjęciu przez bratanka – Manuela.
Moment pierwszego spotkania Mamy i Lamberta 1988 roku w Kętrzynie po 46 latach.
Złowieszcza łuna
Babcia Masia wielokrotnie mawiała, że zwiastunem nadchodzącej wojny jest pojawiająca się na niebie „łuna”, czyli zorza polarna. Ukazywała się ona na Wileńszczyźnie zarówno tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej, jak i w końcu sierpnia 1939 roku.
Zgodnie z paktem Ribbentrop – Mołotow, wojna na Suwalszczyźnie rozpoczęła się 17 września 1939 roku od przekroczenia wschodniej granicy Polski przez wojska sowieckie, które do Sejn dotarły 24 września. Okupacja bolszewicka nie trwała długo, bo już 13 października 1939 roku, na mocy niemiecko – rosyjskiego porozumienia, miejsce bolszewików w Sejnach zajęli hitlerowcy. W ciągu niecałego miesiąca okupacji, rosyjscy agresorzy zdążyli skutecznie unieszczęśliwić wiele sejneńskich rodzin.
Zaraz po zajęciu miasta NKWD przystąpiło do aresztowań tutejszej inteligencji, które nieubłagalnie kończyły się wywózką na wschód. Aresztowania rozpoczęto od zatrzymania sejneńskich księży, na czele z proboszczem tutejszej parafii ks. Wincentym Astasiewiczem, który władał tutejszą parafią od dziewiętnastu lat.
Objęcie parafii w Sejnach w 1925 roku musiało być dla nowego proboszcza dużym wyzwaniem. Leżące na pograniczu dwóch imperiów (rosyjskiego i niemieckiego) Sejny w czasie 1-szej wojny światowej wielokrotnie przechodziły „z rąk do rąk”. Zaraz po jej zakończeniu w 1918 roku powstał spór o przynależność miasta do Ojczyzny i trwał niestety nadal, tym razem jednak pomiędzy Litwinami i Polakami, zakończony 5-cio dniowym polskim Powstaniem Sejneńskim. Po zwycięskich dla Polaków walkach, konflikt długo jeszcze kładł się cieniem na współżyciu tych dwóch narodowości w dotkniętych powojennym niedostatkiem i biedą Sejnach, a także i przez następne dziesięciolecia.
Proboszcz cieszył się w Sejnach szczególnym uznaniem, pamiętam doskonale, jak Mama i Babcia wspominały go wielokrotnie z wielkim uznaniem. Przyznaję, że nie udało mi się znaleźć w dostępnych mi źródłach potwierdzenia wielkich zasług księdza dla pojednania mieszkających obok siebie zróżnicowanych narodowościowo mieszkańców, o których słyszałam od Mamy i Babci. A przecież historia każdego miejsca to nie tylko to, co zostało zapisane na kartach historii. Zapamiętane przez współmieszkańców wyraziste osobowości, podziwiane już za życia i potem przypominane przez kolejne pokolenia, to także historia miasta, w dodatku żywa, bo odświeżana przez kolejne pokolenia, blaknąca jednak nieubłagalnie z czasem…
A dla młodej Haliny ksiądz W. Astasiewicz był „od zawsze”, wszak objął parafię rok po jej urodzeniu. Wspominała przedwojenne wydarzenie, kiedy jako dziewczynka uczestniczyła w zorganizowanym przez ks. W. Astasiewicza nabożeństwie ekumenicznym z udziałem wileńskiego biskupa i hierarchów żydowskich. Według moich obliczeń mogło to mieć miejsce w połowie lat 30-tych XX wieku, gdy mama miała 10 – 11 lat. W niedużym miasteczku było to wydarzenie na tyle doniosłe, że żyli tym wszyscy. Uroczystości odbywały się zarówno w sejneńskim kościele, jak i w synagodze, a młoda Halina mogła nareszcie wraz z innymi parafianami zaspokoić zwykłą ciekawość i obejrzeć wnętrze sejneńskiej bożnicy (dom dziadków mieścił się zaledwie kilkadziesiąt metrów od niej), gdzie nie miała odwagi zajrzeć wcześniej.
Zaraz po aresztowaniu proboszcza we wrześniu 1939 roku do siedziby NKWD w Sejnach udała się delegacja tutejszej gminy żydowskiej, która ubłagała uwolnienie księdza, podkreślając jego ofiarność w służeniu wszystkim potrzebującym niezależnie od wyznania czy narodowości, a także jego zdecydowany sprzeciw wobec wszelkich objawów antysemityzmu. Po interwencji gminy księdza uwolniono i tylko dzięki temu przez kolejne pięć lat okupacji niemieckiej mieszkańcy Sejn mogli liczyć na wsparcie swojego niezawodnego proboszcza, jak się później okazało – nie tylko duchowe. Wtedy jeszcze nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że mieszkańcy tutejszego Sztetla, którym Sejnianie zawdzięczali to ocalenie, nie doczekają najbliższej zimy.
W czasie hitlerowskiego terroru proboszcz, jak tylko było to możliwe, wystawiał fałszywe metryki chrztu dla chcącej uniknąć przymusowej pracy w Niemczech sejneńskiej młodzieży, chroniąc ją w ten sposób przed niewolniczą pracą. W taki właśnie sposób uniknęła wywózki moja Mama, która (urodzona w Wilnie) została przez proboszcza „odmłodzona” aż o cztery lata i nie mieściła się już wiekowo w stosownych tabelach okupanta kwalifikujących na roboty. Młodzi, wywiezieni do Niemiec Sejnianie, którzy mieli mniej szczęścia, wracali po kilku latach niewolniczej pracy już jako ludzie mocno poturbowani zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Zdarzało się, że rówieśnice Haliny przybywały stamtąd z urodzonymi w Niemczech dziećmi, inni nie wracali…
Babcia Masia i dziadek Janek Wiśniowski nad Marychą lata 40 – te XX wieku.
Cenny depozyt
13 października 1939 roku do miasta wkroczyli Niemcy. Od razu przystąpili do rozprawienia się z ludnością żydowską, która stanowiła znaczącą część (jedną trzecią?) mieszkańców miasta.
Moi dziadkowie, Maria i Janek Wiśniowscy utrzymywali bliskie kontakty z wieloma sąsiadami, a jednymi z bardziej zaprzyjaźnionych była żydowska rodzina Majstrowskich (nazwisko zapamiętane przez moją, wtedy 15 letnią Mamę). Dorastająca, ciekawska dziewczynka ubóstwiała podglądać życie sąsiadów, tak odmienne od codzienności domu rodzinnego. Wspominała po latach, że do końca życia nie zapomni smaku świeżo upieczonej, chrupiącej macy, na którą niecierpliwie czekała siedząc przy piecu. Pani Majstrowska natomiast chętnie bywała u babci Masi, podjadając „po cichu” zabronioną religijnie słoninę.
Nie dalej jak w końcu października 1939 roku wszyscy żydowscy mieszkańcy Sejn zostali wypędzeni przez hitlerowców z miasta w kierunku Litwy. Majstrowscy wierząc, że wcześniej czy później wrócą, zdążyli przed udaniem się na tułaczkę zostawić „w depozycie” u zaprzyjaźnionych z nimi moich dziadków swój najcenniejszy skarb rodzinny – dwa srebrne szabasowe lichtarze.
Część gospodarstwa Babci i Dziadka była wydzielona na zakład ślusarski, z którego w czasie wojny korzystały także wojska niemieckie, naprawiając tu samochody i motocykle. Aby zapobiec podejrzeniom o „przechwycenie” żydowskich sreber – Babcia umieściła pomiędzy nimi srebrny krucyfiks i umieściła w widocznym miejscu na kredensie w pokoju gościnnym, żeby odnosiło się wrażenie, że stały tu zawsze.
Świeczniki czekały tam na swoich właścicieli do końca wojny i przez następne lata, a po śmierci Dziadka Janka w 1955 roku znalazły się w Kętrzynie, gdzie raz w roku, wyczyszczone przez tatę „do błysku” witały w towarzystwie krucyfiksu księdza „po kolędzie”. Od czasu do czasu wypożyczane wraz z krucyfiksem żydowskie świeczniki towarzyszyły w ostatnich pożegnaniach zmarłych kętrzyńskich sąsiadów.
O pochodzeniu lichtarzy nie wiedzieliśmy nic, nawet o to nie pytaliśmy – były z nami, dziećmi „od zawsze”. Historię ich opowiedziała mi Mama dopiero gdzieś około 2005 roku, podczas rutynowego czyszczenia przed kolejną wizytą duszpasterską. Od tej chwili zaczynał we mnie dojrzewać pomysł przekazania tej (po ponad 60 latach i uznanej już za rodzinną) pamiątki gdzieś „bliżej” żydowskich właścicieli.
Sejny zawsze wspominam ciepło. W latach 60-tych XX wieku spędzałam tam pod opieką Babci Masi wakacje, odpoczywając od szkoły i licznego rodzeństwa. Tu zawierałam swoje wakacyjne znajomości i przyjaźnie, z których dwie przetrwały do dzisiaj.
Samo słowo „Sejny” zawsze wywołuje we mnie jasny promyk wakacyjnych wspomnień dni spędzonych na łące nad Marychą, w towarzystwie młodych Sejnian, gdzie towarzyszyły nam nieraz pasące się krowy. Jak byłam nieco już starsza – wędrowało się aż nad jezioro – znacznie odleglejsze od domu przy ul. Strażackiej, gdzie po śmierci. dziadka mieszkała moja babcia.
Do decyzji o „powrocie” lichtarzy do Sejn zachęciło mnie powstanie i działalność „Pogranicza”, które stało się miejscem, gdzie historie ludzi z przedwojennego sejneńskiego sztetla ulegają „wskrzeszeniu” z czynnym udziałem współczesnych młodych Sejnian, uczestniczących w organizowanych tu wydarzeniach. Należą do nich słynne już w kraju i za granicą „Kroniki Sejneńskie” czy koncerty popularnej Orkiestry Klezmerskiej Teatru Sejneńskiego.
Z zadziwieniem słuchałam i czytałam o miejscu, gdzie dawne pokolenia mieszkających tu mniejszości narodowych zaczęły na nowo ożywać w cierpliwie gromadzonych wspomnieniach ludzi starszych, w literaturze, muzyce rzeźbie, malarstwie – w sztuce. Uznaliśmy więc rodzinnie, że nie znajdziemy odpowiedniejszego miejsca dla (naszej?) rodzinnej pamiątki. I tak się złożyło, że dokładnie w 70 tą rocznicę powierzenia Babci i Dziadkowi przez rodzinę Majstrowskich cennego depozytu, we wrześniu 2009 roku wróciły one do Sejn. W przekazaniu sreber pani Bożenie Szreder uczestniczyła moja 85-letnia wówczas Mama, która przy okazji odwiedziła dwie żyjące jeszcze wtedy przyjaciółki z młodości – panie Jasię Ginel i Helę Warakomską.
Szabasowe świeczniki sejneńskich Żydów pp. Majstrowskich – sąsiadów babci i dziadka, oddane „w depozyt” w 1939 r. – wróciły do Sejn w 2009 roku.
Wojenna młodość.
Latem 1942 roku, kiedy Lamberto wraz z innymi ochotnikami Błękitnej Dywizji znalazł się w Sejnach, miasto było na dobre pogrążone w okupacyjnej nocy faszystowskiego terroru. Mieszkańcy od trzech lat borykali się z ciężarem okupacji – najpierw bolszewickiej potem hitlerowskiej. „Zniknęli” już przepędzeni na wschód i później wymordowani żydowscy sąsiedzi. W okolicznych lasach tworzyły się wspierane przez okoliczną ludność oddziały partyzanckie, co skutkowało licznymi aresztowaniami, egzekucjami i nieprawdopodobnym zastraszeniem. Dopełnieniem tego wszystkiego była zwyczajna, wojenna bieda, niedożywienie i chłód.
Opis okoliczności i zdarzeń opieram na opowieściach Babci i Mamy, które całą wojnę przeżyły właśnie w Sejnach.
Sama już z tych opowieści pamiętam niewiele – teraz, jak jest już za późno wiem, że za mało pytałam. Swoją drogą odnosiłam wrażenie, że Mama i Babcia nie za bardzo chciały o tym mówić. Babcia Masia nie była zbyt rozgadana i trzeba ją było raczej „ciągnąć za język”. Mama z kolei, zajęta codziennością i wielodzietną rodziną nie miała zbyt wiele czasu na zwykłe rozmowy z dziećmi. A może nie chciała wracać do ponurych, wojennych lat? Swoją drogą życie w nowym, narzuconym nam ustroju, nie usposabiało raczej do zwierzeń i wojennych wspomnień, wszak nigdy nie było pewności, co było tym „właściwym” wspomnieniem. Zbyt szczere rozmowy, a już szczególne w obecności czwórki dzieci, mogły być bardzo ryzykowne.
Na Mazury, gdzie spędziliśmy dzieciństwo, przywędrowała ludność z różnych stron i musiały minąć lata, zanim sąsiedzi poznali się na tyle, żeby nabrać do siebie zaufania. Co by nie mówić, był to rodzaj zastraszenia. Może nie było ono aż takie, jak w czasie wojny i okupacji, ale jednak… Sześć lat wojny, gdy każde nierozważne słowo i brak uwagi na to z kim i o czym się rozmawia mogło być sprawą „życia i śmierci”, to niezła zaprawa w pielęgnowaniu ostrożności i dyskrecji.
Bywało, że wpadały mi w ucho rozmowy Mamy z Babcią, na przykład podczas obierania ziemniaków czy zwijania wełny z motków w kłębki, o kontaktach z partyzantami, którym Dziadek Janek naprawiał broń w swoim warsztacie ślusarskim. Wspominały, jak sięgając po coś do szaf, komód czy skrzyń natrafiały przypadkiem na schowaną pod bielizną broń, którą po naprawie babcia odnosiła do lasu ukrytą w koszu z kartoflami, choć było powszechnie wiadomo, że posiadanie jakiejkolwiek broni groziło rozstrzelaniem. A wiem – także od Mamy i Babci, że egzekucje ludności (także z tego powodu) w Sejnach wielokrotnie miały miejsce.
Z warsztatu Dziadka korzystali także Niemcy, którzy naprawiali samochody, motory i inne wojskowe wyposażenie.
Zdarzało się, że czekający na naprawę sprzętu niemiecki klient zwabiony smakowitym zapachem przygotowywanego właśnie domowego obiadu, wchodził z zaciekawieniem do sąsiadującej z warsztatem kuchni usiłując zajrzeć do garnków. Co bardziej ciekawscy prosili o spróbowanie przygotowywanych potraw i pytali o stosowane przyprawy, z których największe zdziwienie budził chrzan. Zdarzyło się raz, że któryś z amatorów chrzanu (pochodzący zapewne z tej części Niemiec, gdzie chrzanu nie stosowano) po raz kolejny poprosił babcię o ulubiony „przysmak” i został przez babcię poczęstowany świeżo utartym, jeszcze nieprzyprawionym korzeniem. Gdy po włożeniu do ust nie mógł złapać tchu, przerażony chwycił za broń sądząc, że został otruty. Na szczęście dziadek zdążył szybko wyjaśnić, że chrzan jest po prostu zbyt świeży dla kogoś nieprzywykłego.
Zdarzyło się i tak, że gdy pod warsztat zajechał kolejny niemiecki samochód, w trakcie szukania przyczyn usterki dziadkowi udało się podsłuchać poufną rozmowę pomiędzy kierowcą i pasażerem. Zorientował się natychmiast, że samochód jest pilnie potrzebny do planowanej tego wieczoru akcji „w lesie”. Niemieccy klienci warsztatu nie przypuszczali, że Janek Wiśniowski znał dość dobrze niemiecki i doskonale pojął o co chodzi. Dziadek szybciutko wysłał babcię Masię, żeby jak najszybciej uprzedziła kogo trzeba o zagrożeniu. Popędzany przez zniecierpliwionych Niemców Janek grzebał się z maszynerią najdłużej, jak się dało i zakończył pracę dopiero, jak wróciła Masia. Planowana obława na partyzantów zakończyła się fiaskiem, w leśniczówce gospodarza po prostu nie zastano.

Babcia Masia przed swoim domem w Sejnach – lata 40-te XX wieku.
Lamberto Zaragoza
Historii rodziny Lamberto sprzed wojennego spotkania w Sejnach z Haliną właściwie nie poznałam. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek wspominał ojca, być może stracił go jeszcze w młodości (w czasie wojny domowej?). Rodzina Zaragoza pochodziła z Alicante, gdzie młody Lamberto spędził dzieciństwo i młodość, z której cztery lata wyrwała mu, jak i innym jego hiszpańskim rówieśnikom wojna domowa, bezwzględna dla każdej strony politycznego konfliktu.
Lata 30-te XX wieku – Lamberto w rodzinnym Alicante – zdjęcie ofiarowane mamie w 1942 roku na pamiątkę ich przyjaźni – prawdopodobnie jedyne, jakie przy sobie posiadał.
W Sejnach Lamberto znalazł się latem 1942 roku jako jeden z żołnierzy Błękitnej Dywizji, która miała zasilić wojska niemieckie na froncie wschodnim w walce z rosyjskim komunizmem już po wybuchu wojny z Rosją w 1941 r. W tym czasie trwały już zacięte, długotrwałe walki pod oblężonym Leningradem, a zakwaterowani w Sejnach hiszpańscy ochotnicy przybyli w celu zasilenia walczących na Wschodzie wojsk niemieckich.
Odziani w niemieckie mundury Hiszpańscy żołnierze wyróżniali się nie tylko ciemną karnacją, lecz także odmiennymi od Niemców zachowaniami. Pamiętam, jak mama i jej przyjaciółka Jasia Ginel, będąc już w podeszłym wieku wspominały, że Hiszpanie z upodobaniem demonstrowali tę odmienność okazując serdeczność napotkanym na ulicach Sejn ludziom i chętnie wdając się z nimi pogawędki. Bywało i tak, że temperament hiszpańskiego żołnierza wyzwalał się w momencie, gdy był świadkiem krzywdy zadawanej Sejnianinowi przez hitlerowca, kiedy to ostro, bez wahania, nie bacząc na konsekwencje, hiszpański żołnierz występował obronie pokrzywdzonego.
Lamberto i jego przyjaciel z Alicante (którego imienia nie zapamiętałam) jako hiszpańscy republikanie, byli wrogami faszyzmu, a zgłosili się do Błękitnej Dywizji jako ochotnicy, lecz z ukrytym zamiarem dezercji, przejścia na drugą, rosyjską stronę frontu i następnie walki z niemieckimi faszystami.
Trudno jest pojąć, jakie wyobrażenie o okupacji hitlerowskiej w Polsce (w której akurat się znaleźli) mieli młodzi Hiszpanie. Ojczyzna ich była już po przegranej przez republikanów wojnie domowej, Lamberto i jego przyjaciel, młodzi ideowcy o lewicowych poglądach, podjęli więc zamiar dalszej walki z faszyzmem, tym razem niemieckim.
Lamberto i jego młody przyjaciel dojrzewali w ogarniętej straszliwą wojną domową ojczyźnie. Pochodzili z niezamożnych rodzin republikańskich i jako młodzi ludzie zdążyli już w niej uczestniczyć po stronie republikańskiej, a po zwycięstwie faszystów nad Republikanami, w wyniszczonym wojną kraju nie było już żadnych szans na kontynuowanie walk,
Według opowieści mieszkańców (Almanach Sejneński 4 z 2005 r.), wojska hiszpańskie pojawiły się w Sejnach w 1942 roku latem, głównie w celu zasilenia oddziałów niemieckich biorących udział w blokadzie Leningradu.
Hiszpańscy żołnierze, przebywając w okupowanym przez Niemców kraju mieli pełną świadomość, że to nie Polacy są ich wrogami. Młodzi, śniadzi mężczyźni otwarci na nowe spotkania i znajomości budzili zaciekawienie miejscowej ludności. Lubili zaglądać do domostw pod byle pretekstem, a swoją otwartością i chęcią nawiązywania kontaktów zyskiwali sobie sprzymierzeńców i nowych przyjaciół. Przed wieloma z nich dopiero teraz zaczynała się odsłaniać polska okupacyjna rzeczywistość „pod niemieckim butem”, z czego do tej pory często nie zdawali sobie sprawy.
Wrodzona, „południowa” łatwość nawiązywania kontaktów z mieszkańcami przez odwiedzanie sejneńskich domostw pozwoliła im dość szybko zorientować się, jak naprawdę wyglądają polskie, okupacyjne realia. Równie szybko dało się zauważyć, że jest i działa zbrojnie polskie podziemie. Miasto miało już za sobą rok 1939, krótką i równie tragiczną okupację bolszewicką, co z pewnością miało odzwierciedlenie w rozmowach z przybyszami, Dzięki temu dość szybko można było się zorientować, że wrogiem Polski są zarówno faszystowskie Niemcy, jak i rosyjski bolszewizm.
Lamberto i jego hiszpański przyjaciel upodobali sobie dom rodziców Janiny Ginel przy ulicy 3 Maja (obecnie ul. 1 Maja). która była najwierniejszą przyjaciółką Haliny z lat szkolnych (o ile dobrze pamiętam, ojciec Jasi był introligatorem, a mama krawcową). Do domu Ginelów dwójka hiszpańskich żołnierzy trafiła prawdopodobnie po nawiązaniu wcześniejszego kontaktu z nastoletnimi dziewczynami, Haliną i Jasią, w trakcie spaceru po uliczkach miasta.
Mama z Janiną Ginel na progu domu Ginelów 2007 r.
Gościnny dom Ginelów przy ul. 3-go Maja (obecnie ul.1-go Maja), nieodnowiony fragment pamiętający jeszcze czasy II wojny światowej (zdjęcie z 2007-go roku).
Fotografia Jasi Ginel z młodości w pokoju gościnnym (zdjęcie z 2007-go roku).
Sejnianie nie mieli raczej oporów w goszczeniu u siebie egzotycznych cudzoziemców. Zaciekawienie było obustronne: odmienna kultura, zwyczaje, kuchnia, mowa… Lamberto wspominał po latach, że gościnne sejneńskie domy nie były zamożne, ale zawsze znalazło się coś do podzielenia, a najczęściej częstowano ich chlebem i mlekiem.
Kilkunastoletnia Halina, Sejny ok. 1938-1940 roku.
Udręczonym wojną mieszkańcom okupowanej prowincji trafiła się niespodziewana możliwość kontaktu z ludźmi przybyłymi z dalekiego, egzotycznego kraju. W nawiązywaniu ciepłych, międzyludzkich relacji nie był w stanie przeszkodzić nawet znienawidzony, niemiecki mundur, w który zostali przyodziani jeszcze w Niemczech przed przyjazdem do Polski. Na prawym rękawie marynarki widniała naszywka z napisem „España” na tle hiszpańskich narodowych kolorów, a dla dodatkowego podkreślenia swojej odrębności, niektórzy z nich mieli zwyczaj wykładać na wierzch, spod niemieckiech mundurów kołnierze granatowych koszul Falangi, od których „Błękitna Dywizja” (Division Azul) przyjęła nazwę..
Znając lewicowe nastawienie Lamberta myślę, że on akurat nie demonstrował tej przynależności. Nie przejmując się zbytnio regulaminem hiszpańscy żołnierze lubili demonstrować ulubione odznaki, symbole religijne, amulety, co powodowało stałe konflikty z niemiecką żandarmerią. Mundur Wehrmachtu musiał nieźle kontrastować ze swobodnym sposobem bycia, poczuciem humoru i spontanicznością południowców, co natychmiast zostało zauważone przez mieszkańców miasta.
Niemieccy wojskowi instruktorzy bezskutecznie próbowali wpoić południowcom zasady niemieckiego drylu i posłuszeństwo wobec przełożonych. Skutek był zgoła odwrotny. Hiszpanie jawnie kpili z pruskich regulaminów, szydzili sobie z „niemieckiego porządku” manifestując to przy każdej okazji i ośmieszając okupanta w oczach świadków takich zdarzeń.
Pamiętam, jak Lamberto z rozbawieniem wspominał zatrzymanie go na sejneńskiej ulicy przez niemieckiego oficera, który tonem nie znoszącym sprzeciwu zwrócił uwagę na niezapięty guzik przy mundurze. Po chwili zorientował się jednak, że ma do czynienia z Hiszpanem, więc zniesmaczony machnął ręką i przeklinając pod nosem poszedł dalej. To zdarzenie jest potwierdzeniem, że żołnierze „Błękitnej Dywizji” byli w niemieckim wojsku traktowani dużo łagodniej, niż ich koledzy z Wehrmachtu i mogli sobie pozwolić na pewną niesubordynację. Lamberto wspominał także, że hiszpańscy przełożeni informowali ich od czasu do czasu o surowych niemieckich zakazach „chodzenia po domach”, sami jednak, rozumiejąc tęsknotę swych podwładnych za domowym ogniskiem i rodzinnym ciepłem, patrzyli „przez palce” na zaglądających do sejneńskich gospodarstw młodych Hiszpanów.
W ramach umowy zawartej pomiędzy Franco a Hitlerem, niemieckie dowództwo miało mocno ograniczone uprawnienia w karaniu niesubordynowanych żołnierzy z „Błękitnej Dywizji”, Hiszpanie o tym wiedzieli i bardzo chętnie z tego korzystali.


Wiszące w pokoju w domu Janiny Ginel przy ulicy 3-go maja – portrety jej rodziców z ich lat młodości (pochodzące z lata 20-tych XX wieku). Zdjęcie fotografii zrobiłam w 2007 roku, w czasie odwiedzin Haliny, kiedy spotkały się z Jasią po latach. Mama była zadziwiona, że wnętrze domu od lat wojennych praktycznie się nie zmieniło.
Ucieczka
Dwójka młodych żołnierzy – czy to ze względu na towarzystwo młodych dziewczyn, czy z tęsknoty za rodzinami – chętnie odwiedzała gościnny dom Ginelów. Długie rozmowy przybliżały ludzi, skłaniały do zwierzeń, nabierano do siebie zaufania.
W końcu, gdy nieubłagalnie zbliżał się termin transportu żołnierzy hiszpańskich na front pod Leningradem, Lamberto zdradził polskim przyjaciołom swoje ukryte zamiary dezercji i chęci dołączenia do walki przeciw niemieckim faszystom.
Z partyzanckim podziemiem współpracował m.in. Janek Wiśniowski, o czym ze zrozumiałych względów wiedzieli tylko wtajemniczeni. Mając w oczach publiczne egzekucje sąsiadów, ludzie żyli w stałej niepewności jutra. Halina próbowała jednak porozmawiać z ojczymem o zamiarze Lamberta. Po konsultacji z podziemiem uznano jednak, że taka akcja wiązałaby się ze zbyt dużym ryzykiem. Odmienny, „hiszpański” wygląd, brak znajomości języka i polskich wojennych realiów to niebezpieczeństwo narażenia życia wielu działających w konspiracji ludzi – nie tylko Janka Wiśniowskiego i jego rodziny. Zdając sobie z tego sprawę Lamberto postanowił poszukać kontaktu z partyzantami na własną rękę.
Pobyt Hiszpanów w Sejnach był tymczasowy, trwał zaledwie kilka miesięcy a Sejny były ostatnią bazą przed ich wysłaniem na front wschodni. Było wiadomo, że każdego dnia mogą znaleźć się w transporcie na wschód i zasilić sobą wykrwawiającą się pod oblężonym Leningradem armię niemiecką. Moment wyruszenia kolejnych grup żołnierzy na wschód przychodził niespodzianie, znikali z dnia na dzień, nie mogąc uprzedzić o tym nawet zaprzyjaźnionych Sejnian. W ataku na broniący się Leningrad Lamberto nie miał zamiaru uczestniczyć, nie takie były jego plany, więc gdy z innymi Hiszpanami znalazł się już w transporcie, czekał na pierwszą lepszą okazję ucieczki.
Po latach Lamberto wspominał, że ponawiał swą ucieczkę z transportu na front aż trzy razy, za każdym razem była to samotna, rozpaczliwa tułaczka po bezdrożach, polach i lasach sposobiącej się do zimy Sejneńszczyzny (uważanej często za polski „biegun zimna”) , o przysłowiowym „chłodzie i głodzie”. Przypilony głodem, przemarznięty zaglądał z rzadka do oddalonych od wiosek domostw, prosząc o kromkę chleba i wodę. Wszędzie, gdzie się pojawił dostawał coś do jedzenia i picia, a bywało, że i możliwość ogrzania czy przenocowania.
I właśnie tę pomoc nieznanych mu ludzi, co sami posiadając niewiele, bez większego zastanowienia pomagali zupełnie obcemu dziwnie mówiącemu człowiekowi i w dodatku odzianemu w znienawidzony, niemiecki mundur – zapamięta do końca życia. Mawiał po latach, że prosząc o wodę dostawał często mleko, bowiem dla wielu spotkanych po drodze liczyło się tylko to, że ktoś w potrzebie poprosił o pomoc.
Dwie pierwsze ucieczki skończyły się niepowodzeniem. Po kilku dniach zostawał schwytany przez żandarmerię niemiecką i skazany na kilkudniowy areszt o zaostrzonym rygorze, a po odbyciu kary kolejny raz ponownie trafiał do transportu na wschód.
Podczas ostatniej, trzeciej już próbie dezercji, po kilku dniach beznadziejnej tułaczki po okolicznych wertepach zimowej już sejneńszczyzny, nie mogąc natrafić na jakikolwiek ślad polskiego podziemia, przemarznięty do szpiku kości, brudny, głodny, z gorączką i poranionymi stopami, czując, że dalszej takiej poniewierki może nie przeżyć – zawrócił i dotarł już po zmroku do ciepło zapamiętanego domu Ginelów, gdzie kłopotliwym gościem troskliwie zaopiekowano się, a po kąpieli pani Ginelowa pochyliła się nad poranionymi stopami myjąc je i opatrując rozległe poranienia. W latach 90-tych XX wieku Lamberto wspominał, że ten gest zatroskanej polskiej kobiety opatrującej nogi hiszpańskiego zbiega ma wciąż przed oczyma jako żywy, chrześcijański, wręcz symboliczny obraz, który został z nim do końca życia.
Gospodarze gościnnego domu – ze względu na wcześniejsze wizyty Hiszpanów – , mogli się teraz obawiać poszukującej dezerterów niemieckiej żandarmerii, zachodziła więc konieczność przeniesienia uciekiniera w inne, nieco bezpieczniejsze miejsce. Zgodnie z przysłowiem, że „najciemniej pod latarnią”, przeniesiono zbiega do zaprzyjaźnionych z Ginelami moich dziadków Wiśniowskich.
Ze względu na niemieckich klientów połączonego z mieszkaniem warsztatu Dziadka, jedynym rozwiązaniem było umieszczenie chorującego jeszcze Lamberta w niedużej, połączonej z domem komórce na narzędzia. Tam powoli dochodził do siebie i nabierał sił przed dalszą tułaczką. W międzyczasie Dziadek Janek, poznawszy zamiary Lamberta i chcąc mu pomóc, podejmował jeszcze rozmowy z „podziemiem”, nie było jednak zgody na przyjęcie hiszpańskiego ochotnika. Konspiracja musiała być absolutnie „szczelna”, brali w niej udział ludzie, którzy znali się „od urodzenia” i przyjęcie kogokolwiek zewnątrz wiązałoby się z poważnym ryzykiem. Udział w partyzantce dezertera z wrogiej armii niemieckiej mógłby dodatkowo budzić obawy o szpiegostwo. No i ten obcy, utrudniający konspirację wygląd – śniada cera, kruczoczarna, bujna czupryna, egzotyczne rysy i nieznajomość polskiego języka – kompletnie go dyskwalifikowały.
Ukrywający się Lamberto słyszał z pewnością głośną, niemiecką mowę korzystających z warsztatu dziadka hitlerowców. Zdawał sobie sprawę, na co naraża gościnnych gospodarzy, postanowił więc po tygodniu, po jako takim dojściu do zdrowia, odkarmieniu i regeneracji, wyruszyć jak najdalej od możliwości zesłania go na front wschodni, z niegasnącą nadzieją trafienia do polskiej partyzantki. W trudnym momencie rozstania, oprócz przygotowanej na zapas wałówki na drogę, Halina oddała mu najcieplejsze swoje rękawice, szalik i sweter, po czym długo jeszcze patrzyła na oddalającą się, pochłanianą przez zimową mgłę sylwetkę bliskiego jej młodego człowieka nie sądząc, że go jeszcze kiedykolwiek zobaczy. Po jej zniknięciu pozostała już tylko modlitwa…
Halina w Sejnach, ok. 1943 -1945.
Po rozstaniu z rodziną moich dziadków Lamberto ruszył bezdrożami w kierunku Krasnopola (duża wieś położona kilka kilometrów od Sejn w kierunku Suwałk) i tam zmęczony i głodny zapukał do jednej z chałup, prosząc o wodę. Jakie było jego zdziwienie gdy okazało się, że gospodarz zna świetnie hiszpański, gdyż – jak mu opowiadał – przed wojną pracował kilka lat w kopalni w Ameryce Południowej. Lamberto poczuł się prawie jak „u siebie”, opowiedział mu o swojej dezercji i nadziei na kontakt z polskimi partyzantami. Gdy najedzony i odprężony twardo zasnął, przed budynek zajechało gestapo. Świeżo poznany, mówiący po hiszpańsku „przyjaciel” po prostu go wydał. Prowadzony przez gestapowców, wchodząc związany do wojskowego samochodu odwrócił się jeszcze w kierunku gospodarza pytając, czy naprawdę dobrze zna hiszpański? Gdy otrzymał odpowiedź twierdzącą, „ulżył sobie” obsypując zdrajcę najbardziej obraźliwymi hiszpańskimi obelgami.
Po kolejnej, trzeciej dezercji trafił do wyjątkowo ciężkiego karceru. Przy procesie był już obecny niemiecki generał, więc można było obawiać się najgorszego. I tu dopisało mu szczęście: przed wyrokiem śmierci ochroniło go jego imię „Lamberto”, gdyż decydujący o wyroku niemiecki generał miał na imię… Lambert i ten zbieg okoliczności uratował życie trzykrotnemu dezerterowi. Dziś, jak o tym myślę to uważam, że o dalszym losie Lamberta zdecydowały bardziej wojenne przepisy ograniczające uprawnienia Niemców w karaniu żołnierzy hiszpańskich, wynikające z umowy zawartej pomiędzy Franco i Hitlerem.
Ostatnie dni na Suwalszczyźnie Lamberto przesiedział w najcięższym karcerze, skąd został dyscyplinarnie odesłany do więzienia w Hiszpanii z pierwszą nadarzającą się okazją – transportem z rannymi pod Leningradem hiszpańskimi kolegami, był to wszakże czas zaciętych walk na wschodzie (wg. historycznych danych, pod Leningradem poległo 1127 Hiszpanów, 1035 było rannych, a 91 żołnierzy zaginęło bez wieści).
Banicja
Na wielokrotnego dezertera i przeciwnika dyktatury czekało w frankistowskim kraju surowe zimne, wilgotne więzienie w jednym z pirenejskich miast, bez możliwości odwiedzin, gdzie przesiedział do końca drugiej wojny światowej. Korespondencję z więzienia można było oficjalnie wysyłać z częstotliwością jednego listu miesięcznie i to tylko do rodziny. Więźniowie oczywiście pisali listów więcej i zaadresowane wyrzucali przez okienko więzienne na ulicę. Przypadkowi przechodnie podnosili te listy i wysyłali dalej pocztą. Jeden z takich więziennych listów wyrzuconych przez okno, pisany po niemiecku, trafił do Sejn, do Haliny jeszcze w czasie wojny. Mama i dziadkowie ucieszyli się bardzo z tego „znaku życia” i mogli „odetchnąć”. Były to wprawdzie tylko fragmenty korespondencji, z powycinanymi nożyczkami przez niemiecką cenzurę fragmentami, liczyło się jednak najważniejsze: – żyje!. Dla zmylenia cenzury Lamberto pisał, że jest już w rodzinnym Alicante i wygrzewa się na plaży. Po 46 latach w rozmowie z Lamberto Mama wspominała, że uwierzyła w tę plażę i nawet mu jej zazdrościła, natomiast dla skazańca przebywającego w wilgotnej, zimnej celi więziennej, słoneczna plaża w rodzinnym Alicante i ciepłe morze było z pewnością największym marzeniem.
Po wojnie, już po wypuszczeniu z więzienia, żeby uniknąć dalszych prześladowań w opanowanej przez faszystów ojczyźnie uciekł przez góry do Portugalii. Przez ponad rok poznawał język, zarabiał jako nauczyciel hiszpańskiego i oczekiwał na wyjazd do Meksyku, który załatwiała kobieta stojąca na czele podziemnej, komunistycznej organizacji. Meksyk w tym czasie przyjmował gościnnie wszystkich wygnańców z Hiszpanii.
Pamiętam, jak rozmawiając ze mną po latach Lamberto wracał z rozżaleniem do chwili, kiedy po dopłynięciu do nowej ojczyzny, przyszło mu wysiąść ze statku na zupełnie nieznany, egzotyczny ląd. Był w jedynym, zniszczonym ubraniu, nie mając przy sobie kompletnie nic i bez „złamanego grosza” przy duszy zaczął rozglądać się za jakąkolwiek pracą. Wiedząc coś o losach wielu powojennych polskich emigrantów uświadomiłam mu wtedy, że nie docenia zabranego ze sobą do latynoskiego kraju najcenniejszego kapitału – języka hiszpańskiego.
Życie w Meksyku zaczynał tam, gdzie wysiadł, w porcie, jako tragarz. Wykształcony młodzieniec, inteligentny i pracowity podzielił los wielu wygnanych z ojczyzny republikanów, wśród nich zawierał przyjaźnie i znalazł żonę. Założył rodzinę, miał dwójkę dzieci: syna i córkę. Zawodowo piął się w górę jako ekonomista, rok po roku poprawiając swą pozycję zawodową, aby zostać w końcu dyrektorem handlowym międzynarodowej firmy elektronicznej. Pełniąc tę funkcję podróżował służbowo po całym świecie, o czym bardzo lubił opowiadać. W życiu rodzinnym nie ułożyło mu się zbyt dobrze: kilkunastoletni syn zginął w wypadku, z żoną był rozwiedziony.
W 1975 roku, gdy zmarł generał Franco, uwalniając od siebie i faszyzmu Hiszpanię, wygnańcy po kilkudziesięciu latach emigracji mogli już wracać do ojczyzny. Lamberto wrócił do rodzinnego Alicante już w wieku emerytalnym, a za zaosdzczędzone pieniądze kupił posiadłość nad morzem z basenami i kortem. Gdy już w latach 90-tych odłożony majątek zaczął „topnieć” Lamberto sprzedał trudny do ogarnięcia teren i dom, zamieszkał w apartamencie hotelowym u zaprzyjaźnionego posiadacza hotelu w rodzinnym mieście.
Tio Lamberto
Po pierwszej, sentymentalnej podróży Hiszpanów do Polski wymienialiśmy z Lambertem i i jego bratankiem Manuelem listy i zdjęcia, przed świętami Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy przychodziły do nas także paczki z regionalnymi, korzennymi wypiekami. Wiosną 1992 roku Lamberto zdecydował się ponownie przyjechać do Polski. Na jego prośbę wynajęłam mu w pobliżu, na Ursynowie mieszkanie i przez kilka miesięcy żyliśmy blisko siebie jak rodzina.
Dla moich dzieci (Wit miał wtedy dwa lata, Bogna jedenaście) Lamberto był jeszcze jednym wujko – dziadkiem. Dwuletni Wit, który dopiero zaczynał mówić, wołał do niego z radością: „tio Lamberto!”. Lamberto odwiedzał Polskę jeszcze co najmniej trzykrotnie, zawsze w okresie wiosenno – letnim, odpoczywając w jednocześnie od gorącego, hiszpańskiego lata. Byłam wtedy jeszcze w trakcie bezpłatnego trzyletniego urlopu macierzyńskiego po urodzeniu Wita, więc dzięki obecności Lamberta zyskałam urocze towarzystwo na długie, codzienne spacery. Przychodził do nas na śniadania, inteligentnie przekomarzał się z dorastającą Bogną, bywał z nami w naszym ogrodzie w Nadarzynie, także na koncertach i w operze. Przeważnie w sierpniu chętnie przenosił się do Kętrzyna, gdzie przesiadywał w cieniu dojrzewających drzew owocowych w ogrodzie moich rodziców.
Towarzysząc nam w codzienności powoli odsłaniał przed nami obrazy ze swojego życia. Czasami jednak – w styku z polską rzeczywistością – odzywał się w nim południowy temperament. Wtedy „po hiszpańsku” złościł się na polską, tak bardzo zróżnicowaną, pełną kontrastów i niedorzeczności rzeczywistość lat 90-tych XX wieku.
Było o czym gadać i o co się kłócić!! O różnicach i podobieństwach naszych kultur, o przeczytanych lekturach, autorach, o codzienności – życiu… Wymienialiśmy swoje spostrzeżenia w języku angielskim, wplatając w to słowa polskie i hiszpańskie. Bywało, że w jednym zdaniu brały udział aż trzy języki, na przykład reakcja na zbyt przesiąkniętą dymem kiełbasę: „this kiełbasa is too much ahumado”… Pomimo poważnej wady wzroku, nabytej jeszcze w Meksyku w trakcie częstych służbowych jazd samochodem na południe kraju, Lamberto był nadzwyczaj spostrzegawczy i chętnie się dzielił tym, co czuje.
Pierwsza połowa lat 90-tych to w Polsce początek nowego ustroju, niepewność, niedostatek, galopująca inflacja, brak regulacji prawnych. Nadmiar towarów sprowadzanych w przeróżny sposób z niemal wszystkich stron świata budził w Polakach zmysł przedsiębiorczości: każdy chciał przetrwać w tym dziwnym postkomunistycznym chaosie, próbując swoich sił w przeróżnych dziedzinach, Na rozrastających się dzikich targowiskach pojawiały się wciąż nowe stragany, najczęściej jako rozkładane polowe łóżka wypełnione różnościami – od przeterminowanych jogurtów czy włoskich antipasti po dużo tańsze niż w zwykłym sklepie pampersy luzem, bez opakowań. Lamberto wspominał, jak bardzo podobnie wyglądało wychodzenie Hiszpanii z czterdziestoletniej dyktatury Franco w drugiej połowie lat 70-tych, kiedy to miasta i miasteczka na Półwyspie Iberyjskim wyglądały identycznie jak nasze w latach 90-tych XX wieku. Chodząc pomiędzy ursynowskimi straganami i widząc moją minę zdegustowaną estetyką takiej przestrzeni (jestem architektem krajobrazu) trafnie przewidywał, że trzeba trochę poczekać, a za dobrych kilka lat bezpowrotnie znikną te dzikie targowiska, a pojawią się ogromne, wielobranżowe sklepy i galerie handlowe. Wtedy czegoś takiego nie mogłam sobie wyobrazić, teraz po 30-tu latach już wiem, że nie mogło być inaczej.
Ostatnie zdjęcie Lamberta w czasie naszej wizyty w Madrycie jesienią 1995 roku.
Postscriptum
Oprócz starszego brata Manuela (ojca Manuela towarzyszącego Lamberto w podrózy do Polski w 1988 r.), Lamberto miał dwie siostry. Ze starszą Józefiną i jej mężem zaprzyjaźniony był najbardziej. Ubóstwiał spędzać z nimi letnie wieczory przy wspólnych, zakrapianych winem kolacjach w ogródkach kawiarnianych Alicante. O młodszej, Asunción mówił mniej, a jednak to właśnie ona napisała do nas po hiszpańsku list informujący o jego śmierci 17 marca 1996 roku.
Moja mama przeżyła Lamberta o 25 lat, zmarła w 2021 roku, przeżywszy 97 lat.