Rugienis, Kazimierz (1891 – 1959)

(Por. Powstańcy Sejneńscy. Część I –  Wspomnienia i relacje. Część II –  Notki biograficzne. Praca zbiorowa pod red. Sławomira Rutkowskiego. Sejneńskie Towarzystwo Opieki nad Zabytkami, Sejny 2020, wydanie II, s. 40 – 46.)

Moim rodzicom przyszło żyć w trudnych i ciężkich czasach. Szczególnie tacie – Kazimierzowi Rugienisowi. Urodził się 8 września 1891 r. w Łoździejach, z matki Antoniny (z domu Gregorowicz) i ojca Franciszka Rugienisa. W Łoździejach uczęszczał do carskiej szkoły, dlatego znał język rosyjski. Matka Antonina była odważną i silną kobietą, wiele przeżyła. Jednocześnie zmarli dwaj synowie, w mieszkaniu stały dwie małe trumny. Po tej stracie urodziło się jeszcze dwóch synów. Starszy Kazimierz (mój tata) i w  1894 r. Izydor. Mój tata jako młody chłopak wyjechał do Ameryki (była tam ciotka z rodziny Gregorowiczów). Wspominał taki mały epizod. W Nowym Jorku spotkał znajomą z sąsiedniej ulicy z Łoździej. Widząc się, jednocześnie zakrzyknęli: „Góra z góra się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem zawsze!”. Za pierwsze zarobione pieniądze kupił cygara i kazał się odwieźć dorożką do domu. Młodzieńczą fantazję raz na zawsze poskromiły wymioty i bóle głowy, które po wypaleniu cygara męczyły go do rana. Do końca życia nie palił cygar ani papierosów. Wracając raz nocą przez park, zobaczył w alejce okazałego węża – wił się, a nawet syczał. Był odważnym młodzieńcem, więc nie uciekł, tylko podszedł bliżej. Był to rzeczywiście wąż, ale ogrodowy do podlewania kwiatów, prawdopodobnie pozostawiony przez ogrodnika. Inne zapamiętane przez ojca „amerykańskie” zdarzenie było nawet opisane w miejscowej prasie. W jednym z kościołów w czasie nabożeństwa  eksplodowały kotły grzewcze. Wybuchła panika. Ludzie zaczęli uciekać, tratując się przy wyjściu. Mój tata zareagował błyskawicznie. Wskoczył na podwyższenie, wołał o zachowanie spokoju i w ten sposób opanował sytuację. Po nagrodę za zbawienne opanowanie nie zgłosił się. Był bardzo skromnym człowiekiem, nie liczył na pochwały. Peszyły go. W czasie pobytu w Ameryce planował wstąpić do seminarium duchownego. Zgłosił się na rozmowę do polskiego księdza, który zalecił mu jeszcze dobrze się zastanowić, przemyśleć i poczekać. Ten zamiar zniweczyła wiadomość o śmierci jego ojca. Pospieszył do kraju, aby być z matką i młodszym bratem. W Stanach Zjednoczonych spędził ponad dwa lata. Bardzo szybko i na wysokim poziomie nauczył się angielskiego. Posługiwał się nim biegle, czytał po angielsku prasę i książki. Nawet sąsiadka ciotki zaczęła podejrzewać, że jest on polskim szpiegiem, znającym język przed przybyciem do Ameryki, nieprzyznającym się do tego z powodów sekretności swej misji. Po powrocie do domu wziął czynny udział w ruchu niepodległościowym. Kiedy w miasteczku sytuacja stawała się niebezpieczna, opuścił rodzinny dom. Za nim podążył Izydor. Tata należał do Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). Brał czynny udział w powstaniu sejneńskim. Był dowódcą czynu zbrojnego powstania sejneńskiego, za co został odznaczony medalem „RP – Bojownikom Niepodległości”. W czasie wyjazdu delegacji do Paryża w sprawie polskiej wschodniej granicy spotkał się w Warszawie z nuncjuszem papieskim Achillesem Rattim (później Pius XI) i był mile zaskoczony jego uprzejmością. Duchownym nie został, zdobył natomiast zawód stolarza. Wiążę się z tym pewne zdarzenie. Idąc ulicą (prawdopodobnie Sienkiewicza) w Białymstoku zastanawiał się nad wyborem zawodu. Nagle z okna zakładu stolarskiego wypadł obrazek św. Józefa cieśli. Przyjął to jako znak. Ta profesja okazała się bardzo pomocna w czasie wojny, a szczególnie w obozie. Wspominał pewną sytuację z 1920 r. Pracując w Różanymstoku przy stolarce kościoła, widział przerażonych Rosjan, uciekających spod Warszawy, którzy wołali, że z Polakami nikt nie wygra, bo im pomagają „czarni i biali”, czyli siły nadprzyrodzone. Potem przybył do Sejn. Tu pracował w Stowarzyszeniu Rolniczo-Handlowym „Powstaniec” w charakterze kierownika oraz rachmistrza (1920 – 1923). Zwolnił się i założył zakład stolarski na tyłach pałacu biskupiego. Początkowo pracował ze swoim bratem Izydorem. Jemu to zawdzięczał wspaniałą żonę – Mariannę. Podobno Izydor był bardzo przystojnym, wysokim mężczyzną, lubiącym towarzystwo. Pięknie śpiewał i grał na skrzypcach. Znał wszystkie panny w okolicy. Jak wieść niosła, potrafił odwiedzić jednego wieczoru kilka panien. Zawsze wnosił ze sobą dużo śmiechu i zabawy. Wiele kobiet wzdychało do niego do późnej starości. Wszędzie był duszą towarzystwa. Moja mama mieszkała w Sejnach w domku z ganeczkiem. Na tym ganeczku w majowe wieczory zbierała się młodzież i śpiewała różne piosenki, a echo niosło się po rzece. Rzeka wtedy była szeroka i dość głęboka, pływały nią łódki i kajaki. Była najstarsza z rodzeństwa – miała trzy młodsze siostry: Kazię, Helę i Jadzię oraz brata Franka. Wcześnie straciła matkę, musiała ją zastąpić i bardzo szybko wydoroślała. Ojciec jej zaś był przewoźnikiem, woził karetą ludzi z Sejn do Suwałk. Zapamiętałam jedną z karet (nie służyła już wtedy zarobkowo, ale jako pamiątka) – czarną, zamkniętą, z latarniami, w środku wyłożoną zielonym aksamitem. Prawdopodobnie Izydor z powodu korzystania z tego środka lokomocji, a może nawet noclegu, poznał panny Wołągiewiczówny. Bardzo spodobała się mu moja mama – Mania. Kiedy ujrzał ją mój tata, zakochał się od pierwszego wejrzenia (był bardzo nieśmiały w stosunku do kobiet). Spostrzegł to młodszy brat i odstąpił mu dziewczynę. Twierdził, że on jest młodszy, ma jeszcze czas i znajdzie sobie żonę. W ten sposób najstarsza córka Wołągiewiczów wyszła za mąż za bogatego, przystojnego, co prawda starszego od siebie o 13 lat mężczyznę. W tamtych latach to było normalne. Pamiętam rodziców z dzieciństwa i dziś wiem, jakie to było kochające się małżeństwo. Sąsiadki zazdrościły mamie, że tata był dla niej tak bardzo czuły, opiekuńczy i dobry. Kiedyś usłyszałam złośliwe szepty sąsiadek: „Patrz, Mania niesie puste słoiki, zaraz Kazimierz pobiegnie pomóc”. I tak się też stało. Zapamiętałam bardzo dokładnie słowa mamy: „Przeżyłam 32 lata z mężem i nigdy się z nim nie pokłóciłam”. Wówczas nie miały one dla mnie specjalnego znaczenia. Dopiero po latach swego małżeństwa zrozumiałam, jakie to ciche bohaterstwo. Wracając do Izydora – nie znalazł sobie żony. Ani w Polsce, ani w Kanadzie, dokąd wyjechał. Nie trafił na swoją miłość i do końca życia pozostał starym kawalerem. W Kanadzie pracował, występował w teatrze, śpiewał i grał w różnych zespołach. Nadal był duszą towarzystwa, stał się stosunkowo bogatym człowiekiem. Miał swój dom, jacht. Wiele pomagał moim rodzicom, znajomej z lat młodości mieszkającej w Kutnie. Na pytanie taty: „Kiedy się wreszcie ożenisz?” – odpowiadał: „Nie wiem, wszystkie kobiety są tak piękne i kochane, że trudno mi się zdecydować”. Stryj jeszcze w Polsce służył w policji konnej w Białymstoku. Bardzo lubił konie. One jego z pewnością też. Opowiadał zdarzenie, o tym jak raz, po roku niewidzenia, koń go rozpoznał i wykonywał wszystkie wcześniej wyuczone polecenia. Ślub moich rodziców odbył się w 1927 r. Stryj już wtedy był za granicą. Początkowo nowożeńcy zamieszkali u Wołągiewiczów. Sprowadzili matkę, która sprzedała bardzo szybko w nocy swój majątek i dworek modrzewiowy w Łoździejach przy ulicy Dumbelskiej i pieszo, z pieniędzmi przyszła do Sejn. U teściów rodzice mieszkali bardzo krótko. Z uwagi na to, że stolarnia mieściła przy Pałacu Biskupim, dostali od księdza pozwolenie na zamieszkanie w pałacu, na górze. Siostra pamięta tylko bardzo piękne gzymsy wieńczące piece. W 1928 r. urodziła się moja siostra Jadwiga. Z tego roku pochodzi zdjęcie kościoła w Karolinie i napis. „W 1928 roku ołtarz i ambona zbudowana przez Kazimierza Rugienisa”. Z pamiątek rodzinnych taty pozostał jedynie rzeźbiony krzyż, szkatułka i kuferek. Reszta zaginęła. W księdze adresowej z 1930 r. jest notatka, że tata ma sklep spożywczy (tam, gdzie teraz stoi hotel i restauracja „Skarpa”). Czyli tata przekwalifikował się z rzemieślnika na kupca. Z uwagi na to, że sklep był przy rynku, rodzice zmienili mieszkanie. Od frontu znajdował się sklep, a z tyłu wejście po bardzo wysokich schodach na górę do mieszkania. Przy sklepie na dole – z powodu wieku i wysokich schodów – mieszkała babcia. W 1931 r. rodzice kupili 3 ha ziemi w Sejnach. Następnie kupili dom przy ulicy Piłsudskiego 25 i oficynę z zabudowaniami od żydowskiego małżeństwa Szymela i Liby Lebiedunów. Położenie i stan domów był bardzo dobry. Wynajmowali mieszkania przeważnie rodzinom wojskowym. W domu przy ulicy mieszkali Frytkowie, Teodorowscy, Dolacińscy, wdowa Miłodrowska z dwoma synami, pani Stępniewska, Ogórkisowie. W oficynie – Sieńkowie, Ziółkowie, Stępniowie, Naruszewiczowie, pani Dąbrowska, Czernialisowie. Do dużego domu przenieśli sklep, a część pomieszczeń na dole służyła jako mieszkanie. Sklep rozbudowali, zatrudnili sprzedawczynię. Pomagały też siostry mamy. Interes się rozwijał. W informatorze z 1938 r. jest wzmianka: „sklep spożywczo-galanteryjny i tytoniowy K. Rugienis”. W tym czasie umarł mój starszy brat Izydorek, mając niespełna trzy – cztery lata. Podobno był bardzo rozwiniętym dzieckiem. Teściowa mojej mamy stale powtarzała: „On nie jest na życie”. Te słowa bardzo raniły moją mamę. Jednak przez szacunek dla starszej kobiety, nie zwracała na nie uwagi. W 1938 r. urodził się mój brat Stanisław. Siostra chodziła do szkoły pod lasem, a potem do gimnazjum w klasztorze. Tata prowadził sklep – właściwie dom towarowy. Można tu było kupić przysłowiowe „mydło i powidło”. Sytuacja materialna była dobra. Tata był cenionym obywatelem. Wytrzymał konkurencję z Żydami, pomimo wielu trudności. Inne sklepy upadały, a on nadal funkcjonował. Szanowali go Żydzi. Jako dowód niech posłużą kartki z Palestyny, z Tel Awiwu i Jerozolimy. Inną pamiątkę otrzymał tata od Żyda Miszczyńskiego – obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Ofiarodawca wygrał ten obraz na loterii fantowej. Przyniósł go tacie, twierdząc, że „to jest wielka wasza świętość i chcę ją ofiarować panu”. Do dziś ten obraz jest w naszym domu, zajmując poczesne miejsce. Z różnych ustnych przekazów wiem, że tata był zaangażowany w pracę społeczną i kulturalną. Był radnym miejskim (w zachowanych materiałach archiwalnych istnieje jego nazwisko wśród 34 radnych Rady Miejskiej w Sejnach z okresu międzywojennego), pracował w Kasie pożyczkowej, a także grał w teatrze prowadzonym przez pana Józefa Klimkę. Na zamieszczonym powyżej zdjęciu jest mój chrzestny ojciec Stanisław Naruszewicz – grał Żyda. Należał do chóru śpiewał tenorem. Tłumaczył i pisał ludziom listy po angielsku, litewsku i rosyjsku. Kazimierz Rugienis był wielkim patriotą. Kiedy wybuchła II wojna światowa, wszystkie posiadane oszczędności przekazał na zakup karabinu maszynowego. O tym dowiedzieliśmy się dopiero od świadka po wielu latach od zakończenia wojny. Wspomagał partyzantów. Nie ominęła go gehenna obozu koncentracyjnego. Przebywał tam ponad dwa lata. O swoich przeżyciach obozowych i wojennych nigdy nie mówił. Zamknął się w sobie. Siostra pamięta, że po powrocie z obozu zawsze był milczący i smutny. Został zabrany, bo miał „białe ręce”, był inteligentem, a co najważniejsze – patriotą. Dopiero po latach, kiedy już pracowałam jako lekarz, podczas wyjazdów do chorych w teren karetką pogotowia dowiadywałam się o różnych faktach z życia taty – co prawda bardzo wyrywkowo. Teraz bardzo żałuję, że tych informacji nie poszerzyłam, że nie pojechałam ponownie specjalnie do tych domów, w których się z nimi zetknęłam, aby zebrać dokładniejsze wiadomości o moim tacie. Tak ważnych spraw nie można odkładać na potem. Zrozumiałam, jak głęboki sens mają słowa księdza Jana Twardowskiego: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Pamiętam, że bardzo często, kiedy wchodziłam do domu chorego, pytano mnie: „Czy to panna Rugienisówna?”. Gdy odpowiadałam twierdząco, zaczynały się wspominki: „Jaki to by wspaniały człowiek!” itd. Byłam dumna, a zarazem wiedziałam, że muszę tak postępować, aby nie splamić dobrego imienia taty. Z zebranych wojennych opowiadań wyłania się wielki, szlachetny człowiek. W każdej sytuacji mobilizował do czynu. Zachęcał do życia, do przetrwania, uczył śpiewać i śpiewał patriotyczne pieśni, modlił się za współwięźniów i wrogów, tak jak nakazuje Ewangelia, był żywym przykładem dobrego człowieka. Dbał, aby utrzymać czystość nawet w obozowych warunkach. Pewien starszy pan opowiedział historię, której był świadkiem. Więźniowie powrócili z pracy, bardzo zmęczeni, zakurzeni, brudni. Tata zachęca ich do umycia się. Starsi wykonują polecenie, a młody chłopak, zrezygnowany, pada na pryczę. Wtedy tata przyniósł mu miskę z wodą i umył mu nogi. Dzięki niemu młody człowiek zrozumiał, że w obozowym piekle zła są ludzie, dla których jest ważny. Wstąpiła  w niego chęć do życia. Kiedy indziej przyjął winę na siebie za innego więźnia, i to Niemca. W czasie apelu znaleziono kromkę chleba, która wypadła współwięźniowi. Na pytanie: „Czyje to jest?” – zaległa cisza.  A w niej rozległ się głos mego taty: „To moje”. Padł wyrok – słupek. Wykonano. Procedura była taka – nagiego więźnia z rękami zawiązanymi do tyłu zawieszano na specjalnym słupku i polewano lodowatą wodą. Zima wtenczas była sroga. Całe ciało ojca pokryła lodowa skorupa. Jako skutek tego zdarzenia do końca życia pozostał mu przykurcz dwóch palców prawej ręki – trzeciego i czwartego. Jak mógł, tak pomagał współwięźniom. Pracując jako stolarz, miał możliwości zdobycia drewna czy wiórów i dzięki temu ogrzania się zimą. Czasami rano budzili się, a włosy były przymarznięte do ściany. Ludzie umierali z zimna, głodu i chorób. Kiedy za wykonaną pracę otrzymywał coś z żywności, to dzielił się z towarzyszami niedoli. Taka postawa była niebezpieczna. Opowiadał, że pewien Niemiec ostrzegł go przed innymi, donoszącymi katom. Tata miał duże zdolności językowe i szybko nauczył się niemieckiego. Wspomnę jeszcze jedno obozowe zdarzenie. Ksiądz Władysław Młynarczyk, sejneński prefekt, który był wysokim, tęgim mężczyzną na obozowym wikcie stał się karykaturalnie chudy. Ubrany w przykrótki pasiak był pośmiewiskiem Niemców. Pewnego razu podczas apelu został poszczuty obozowymi psami, które były szkolone w rozszarpywaniu więźniów. Wtedy zdarzył się cud. Psy spuszczone ze smyczy, ruszyły w kierunku księdza i zamiast go szarpać, łasiły się i lizały go, ku ogromnemu zaskoczeniu oprawców. Prawdopodobnie był też poddawany eksperymentom pseudomedycznym. Białaczka, na którą zmarł, była tego skutkiem – tak mówił dr Edward Rittler, którego był pacjentem dobrym znajomym. Byłam przy śmierci taty. Umierał spokojnie i przytomnie z gromnicą w dłoni i imieniem Jezusa na ustach. Była środa godz 15.00, 15 kwietnia 1959 r. obraz ten będę pamiętać do końca swego życia. Kwadrans potem dr Rittler, wymachując laseczką, schodził z górki. Szedł jak zwykle z kolejną wizytą. Mama wyszła mu na spotkanie, oznajmiła, że jego pacjent przed 15 minutami zmarł. Doktor stanął. Zamyślił się z kamiennym wyrazem twarzy. Po chwili odwrócił się i odszedł. Może próbował zrozumieć, że ani leki z takim trudem sprowadzane z Ameryki, ani ludzkie pragnienia, ani fachowa pomoc medyczna nie są w stanie przedłużyć życia. Tu i teraz nastał kres życia tego szlachetnego człowieka. W ostatnie drodze memu ojcu towarzyszyły nieprzebrane tłumy. Koszmar obozu znosił ponad dwa lata. Został zwolniony wcześniej dzięki interwencji pewnego Niemca z Görlitz, którego kolega był komendantem obozu w Oranienburgu. Dziwna to historia rodzinna. Mianowicie – tata mego męża, Antoni Witkowski, został wywieziony na roboty do  Görlitz. Tam pracował u pewnego zamożnego młynarza. Rozwoził mąkę po terenie. Miał duże zdolności manualne. Potrafił naprawić samochód, maszyny we młynie – taka złota rączka. Cenił go Niemiec. Teść mieszkał tam z żoną Zofią i tam urodził się ich pierworodny syn – Marian Antoni. Pewnego razu poprosił o urlop i o dziwo go otrzymał. Chciał pojechać do rodziny. Dał słowo, że wróci. Niemiec nie spodziewał się powrotu. Żal mu było dobrego pracownika. Jakie było jego zdziwienie, kiedy darmowy robotnik wrócił. Teść powrócił, bo słowo u niego wiele znaczyło. Słowo powinno zawsze być ważne. Niemiec zauważył: „Są wśród Polaków dobrzy ludzie, ale przeważnie są dranie i oni mają swoje miejsce w obozach”. Teść stanowczo zaprzeczył i stwierdził, że zna bardzo szlachetnego człowieka, który przebywa w obozie w Oranienburgu. Może za niego ręczyć głową. Znał prawdopodobnie tatę z działalności społecznej, ze sklepu, z kościoła, a być może decydującą rolę odegrała prośba mojej mamy. Od tej pory zaczęły się usilne starania o zwolnienie z obozu. Tata powrócił z obozu jesienią 1942 r. Brat pamięta, jak przyszedł do domu człowiek zarośnięty, z długą brodą, bardzo chudy (był wysokim mężczyzną, a wtedy ważył 43 kg). Nie od razu rozpoznał w nim swego tatę. Tylko te same gesty, podniesienie do góry, pocałunek, odsunęły strach, dotarła świadomość, że to powrót rodzonego ojca. Nie wiem, jakie były dalsze losy wojenne naszej rodziny. Z pewnością doświadczyli tego, co większość mieszkańców Sejn – strachu, niepewności jutra, troski o najbliższych, okopów, ucieczki z nich, skrywania się, chwil grozy. Oto jedna z nich. Tata widzi na ulicy Głowackiego patrol z tropiącym psem. Ukrywa się w przydrożnych krzakach. Jest przekonany, że na próżno. Pies biegnie w jego stronę, przy krzaku, za którym ukryty jest tata, podnosi nogę, znaczy go i spokojnie biegnie dalej. Następną sytuację przeżył w domu. Znowu ukrywał się. Mama, stojąc w otwartych drzwiach sklepu widzi z daleka nadchodzącą grupę trzech osób – dwóch żandarmów i znajomego Polaka. Przeczuwa, że idą po męża. Woła w stronę ojca: „Uciekaj” – i nadal z zimną krwią stoi w drzwiach. Na pytanie: „Gdzie Kazimierz Rugienis?” – odpowiada: „Nie ma go”. Zaczęli bezowocne przeszukiwanie. Tata był już daleko w polu w okolicy Zaleskich w stogu siana. Nie wracał bardzo długo. Przekazał wiadomość, że żyje i to wystarczyło. Taka ucieczka była możliwa, bo istniało bezpośrednie przejście ze sklepu na drugą stronę domu, dalej nad rzeką, przez most i już można było przepaść w bocznych uliczkach, ogrodach i polach. Tata był bardzo rozważny. Już przed wojną przygotował piwnice naszego murowanego parterowego domu i zamienił je w schron. Tu znalazła bezpieczne miejsce nie tylko rodzina, ale sąsiedzi, lokatorzy i inni, których zastał alarm. Była to prawdziwa forteca. Dom stał w podwórku. Od strony rzeki poszerzono piwniczne okno, które miało służyć jako wyjście ewakuacyjne do rzeki. Zgromadzono żywność, wodę, lampy, latarki, narzędzia do ewentualnego odgruzowania. Fragmenty półtorametrowej grubości murów piwnicy można oglądać do dziś. Imponująco wyglądają sklepienia i ściany z czerwonej cegły, z których wystają co pewien czas kamienie, niemi świadkowie tych zdarzeń. Długie korytarze tworzyły prawdziwy labirynt. Zawsze podziwiałam piękno tych piwnic i żal mi było, że pomieszczenia mieszkalne nie były tak majestatyczne. Okres powojenny był bardzo trudny. Urodziłam się w 1945 r. Wiem, że byłam niezbyt oczekiwanym dzieckiem. Trudno się dziwić. Tata był starszym człowiekiem, przerwy między przyjściem na świat mojej siostry, brata a moimi narodzinami były długie. Nastały niepewne czasy, szczególnie, że tata był peowiakiem, pomagał partyzantom i walczył o inną Polskę. Rodzice szybko pogodzili się z tą sytuacją i od początku zaczęli organizować i prowadzić sklep. Ze spokojem przyjęli utratę mienia, częściowo zrabowanego przez Niemców, częściowo przepadłego wraz z niewykupionymi wekslami, niezwróconymi pożyczkami, kredytami, zatrzymanymi towarami, sprzętami, książkami, które choć w części miały wrócić do właściciela po wojnie. Ważne było, że zachowali życie. Pamiętam tatę jako chorowitego, małomównego człowieka, bardzo często siadającego w kuchni na przypiecku w kamizelce na kożuszku. Wychodząc na podwórze, szyję owijał szczelnie szalikiem. Z powodu białaczki widać było mocno powiększone węzły chłonne. Ludzie opowiadali, że był zawsze poważny, chociaż potrafił dowcipkować i miał poczucie humoru, znajdując trafne powiedzonka sytuacyjne. Hołdował zasadzie: „Mowa jest srebrem, a milczenie złotem”. W latach pięćdziesiątych zabrano nam sklep i chciano nam zabrać jeszcze przyległy pokój. Tata napisał list do premiera Józefa Cyrankiewicza, z którym spotkał się w obozie, i jego prośba o pozostawienie nam pokoju została rozpatrzona pozytywnie. W niedzielne popołudnie zawsze było u nas dużo ludzi. Szczególnie często zachodzili do nas członkowie rodziny mamy, a zimą znajomi ze wsi, aby się ogrzać ciepłą herbatą i atmosferą domu. W dni targowe przychodzili ludzie z prośbą o tłumaczenie czy pisanie listów, podań, przede wszystkim w języku angielskim. Przychodzili po poradę, pociechę, słowa otuchy. W niedzielę po mszy św. rannej tata śpiewał wraz z innymi różaniec. Przepięknie to brzmiało, bo śpiewali na kilka głosów. Tata przyjaźnił się z księdzem kanonikiem Antonim Wężykiem. Wykonywał drobne prace stolarskie na plebanii i w kościele. Pamiętam obraz przedstawiający św. Kazimierza podarowany tacie przez księdza Wężyka. Namalowany farbami olejnymi przez księdza. Przypominam sobie popołudnia i wieczory, szczególnie jesienno-zimowe, kiedy uczyłam się historii Polski. Czytałam na głos. Przykro mi było, że tata wysyłał mnie do drugiego pokoju, a sam miał bardzo ważne zajęcia w tym czasie. Szybko zorientowałam się, że chętnie słuchał naszych klasyków. W ten sposób bardzo dużo książek przeczytałam na głos. Po wielu latach zrozumiałam, jaką przykrość sprawiałam tacie, czytając fałszywą historię. Ludzie tamtych lat nie mówili prawdy, w trosce o swoich najbliższych. Chcieli ich zachować od nieszczęścia i szykan. Byli to cisi bohaterowie, którzy swój ból i przeżycia zanieśli do grobu. Święta roczne obchodzono uroczyście. Pierwszego dnia tylko w gronie rodzinnym. Nie wypadało iść do nikogo, ani zapraszać do siebie. Dopiero na drugi dzień zapraszano rodziny i lokatorów. Śpiewano i grano na skrzypcach. Mama i jej siostry miały piękne głosy. Tata śpiewał tenorem. My, dzieci, siedzieliśmy z otwartymi buziami, wsłuchani w piękny śpiew. Jakie to były piękne piosenki o miłości, młodości ukochanych osób, ułanach, wojsku itp. Do dziś pamiętam te chwile. Utkwił mi w pamięci bardzo silnie wieczór i przyjęcie wydane na cześć stryja Izydora w 1957 r. Stryj wiedział o chorobie taty, pomagał bardzo dużo, przysyłał paczki, dolary, szczególnie drogie leki. Teraz powracał po ponad 30 latach zobaczyć rodzinę. Planował wrócić do kraju na stałe. Stoły były obficie zastawione, wyroby własne z zabitego wieprza smakowicie przyrządzone, kindziuk – roboty mojej mamy (podobno nie było drugiej takiej specjalistki w okolicy od kindziuka), słodycze, stare, wydobyte z piwnicy, wina, innych napojów nie pamiętam. Wiem, że w tej chwili nie było ważne jedzenie, ale atmosfera, opowiadania, wspomnienia. Potem całe mieszkanie zmieniło się w salę koncertową. Tata, stryj i wujek Franciszek Gaus wydobywali ze swoich skrzypiec najpiękniejsze dźwięki. Panie śpiewały na głosy, na przemian z panami, a potem wspólnie i solo. Myślę, że ten koncert trwał do białego rana. Nikt nie przypuszczał, że to zarazem był pożegnalny wieczór. Jedynie chyba mój tato coś przeczuwał, bo pamiętam do dziś łzy w jego niebieskich oczach przy słowach piosenki „Dziś z tą piosenką pożegnamy was”. Stryj powrócił do Toronto. Sprzedał cały majątek, pozostawił jacht na jeziorze Ontario. Gospodyni zaszyła dolary w specjalny gorset i ruszył do Polski. Wcześnie otrzymał wiadomość o śmierci taty. Przybył do Montrealu na tydzień wcześniej od daty wypływania statku. Tu miał atak serca – zawał. Znalazł się w szpitalu. Zmarł 31 sierpnia 1959 r., w dniu wypłynięcia „Batorego” do ojczyzny. Dwaj kochający się bracia odeszli na zawsze w tym samym roku. Tak wyglądało życie naszego drogiego taty. Mama, jako wdowa pozostała w trudnej sytuacji. Posiadała dwie duże kamienice w centrum miasta, które w tym czasie stanowiły ogromny problem. Szczególnie dom przy ulicy na owe czasy był bardzo atrakcyjny. Władze narzucały lokatorów – np. przewodniczący Rady Małczyński, lekarze Dominowie. Czynsze były symboliczne, a remonty należały do właściciela. Najbardziej kosztowne było malowanie elewacji. Pamiętam słowa mojej mamy: „Wszystkim tym, którzy mi zazdroszczą, życzę takich dwóch domów. Nigdy z ust mamy ani taty nie słyszałam przekleństwa. Myślę, że byli to święci Rodzice. Chociaż w ten sposób, na tych zapisanych stronach ocalę ich od zapomnienia. Chcę oddać im hołd, dziękując za przykład ich życia[1].

Opracowała córka, Teresa Rugienis-Witkowska. Tekst życiorysu przedrukowano z Almanachu Sejneńskiego 3 wydanego przez Ośrodek „Pogranicze – sztuk, kultur, narodów” w Sejnach (strony 391 – 405).


[1]Teresa Witkowska, Kazimierz Rugienis, [w:] „Almanach Sejneński 3”. Sejny, s. 391 – 405.

Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *